sobota, 26 stycznia 2019

Dzień babci



To jest smutna historia, ale ma dobre zakończenie. Słodko-gorzkie, ale dobre. Dające nadzieję.

To już drugi raz, jak jej nie ma. 

Na początku mieszkanie wydawało się dziwnie obce, jakby niczyje. Przychodziłam tam po pracy i zostawałam do następnego dnia rano, mieszkając z nim ale tak naprawdę w głowie czując się ciągle tak, jakbym była w odwiedziny. W odwiedziny, w mieszkaniu moich dziadków, pustym i nienaturalnym miejscu gdzie nikt już nie prosi o pomoc, gdzie nikim nie trzeba się zająć, gdzie dziadka steranego ciężką nocą nie trzeba zagonić do łóżka, gdzie nie pachnie śmiercią.

Gdzie ciszę wypełnia tykanie dwudziestu trzech zegarów - kolekcji dziadka - i ani pół dźwięku więcej.

Znowu dzień babci. Pamiętam dobrze jak trzy lata temu szukałam prezentów, pamiętam zestaw jej ukochanych kosmetyków z linii Pani Walewska i zegar-samolot dla dziadka. I pamiętam uczucie, że coś jest nie tak. Moi dziadkowie po raz pierwszy nie ucieszyli się z prezentów, byli nieobecni. Nie wiedziałam co jest grane, pamiętam że dość szybko wyszliśmy z bratem, w niezrozumieniu sytuacji. Potem dowiedziałam się, że tego dnia dostali wyniki badań.

Pamiętam jak wróciłam ze szpitala, trzy miesiące przed maturą, płacząc. Byłam przekonana, że babci zostało kilka dni. Z perspektywy czasu widzę jak naiwne to było, bo choroba która według lekarzy miała nam ją zabrać w tydzień, trwała jeszcze prawie dwa lata. Zdążyliśmy jeszcze razem przeżyć moje osiemnaste urodziny, wspólne święta wielkanocne, moją pierwszą pracę, to jak poszłam na studia, wigilię i kolejne urodziny. Rocznicę ślubu dziadków, kolejny dzień babci, kolejny rok.

Czasami było tak, że z dnia na dzień było coraz gorzej, a potem nagle trochę lepiej. To był rollercoaster uczuć, nadziei i beznadziei. Celebrowaliśmy każdy dzień i wkurzaliśmy się wszyscy nawzajem na siebie, na babcię, na samych nas. Już myśleliśmy, żeby babcię postawić na nogi, kiedy ona znów zasypiała i majaczyła parę dni. I tak w kółko.

Siedziałyśmy z moją mamą na balkonie, kiedy nadeszła kolejna wiosna i to był taki nasz rytuał w tym całym nieszczęściu - kawa, nasze rośliny i rozmowy, które kręciły się wokół jednego tematu. Po ponad roku byliśmy już wszyscy mocno na tym zafiksowani.

Nie pamiętam jak znaleźliśmy się w samochodzie, pamiętam jak wcześniej dzwoniłam do rodziny, działałam na autopilocie, jako jedyna pośród wszystkich zdołałam wykrzesać z siebie trochę konstruktywnego myślenia, żeby zawrócić mojego tatę (który przed godziną odwiedził babcię), by po nas przyjechał. Siedzieliśmy tam wtedy od szesnastu godzin - ja, moja mama, dziadek i wujek. Była noc z soboty na niedzielę, początek bardzo upalnego lipca. Początek żałoby.

Mogłoby się wydawać, że po tym co przeszliśmy nareszcie odpoczęliśmy. Ale tak nie było. Rok który później nastąpił był najbardziej czarnym rokiem w moim życiu. Robiłam wszystko jak dobrze zaprogramowany robot, ale przysięgam, że praktycznie nic nie pamiętam. Rzuciłam się w wir pracy i studiów, specjalnie się męczyłam, żeby nie myśleć przed zaśnięciem.

Najgorzej było z dojazdami samochodem. Potrafiłam się rozpłakać nawet kiedy w radiu reklamowali syrop na serce dla seniorów. Więc przestałam słuchać radia podczas jazdy.

Żałoba, depresja, permanentne zmęczenie które sama na siebie ściągnęłam, ciągłe kłótnie z chłopakiem, poczucie niezrozumienia, pustka, ciągłe koszmary a w nich babcia. Jedyne momenty wytchnienia były wtedy, kiedy skupiałam całą swoją uwagę na tym, żeby siedzieć z dzieciakami na dywanie, bawić się milion razy w to samo. I tak czasem po 12 godzin dziennie w różnych pracach.

Kiedy minął rok to zrobiło się trochę lżej i zaczęłam pragnąć przerwy, odpoczynku. Zwolniłam, zaczęłam rzadziej chodzić do pracy (a przynajmniej nie na tyle godzin), poukładałam sobie wszystko w moim życiu na nowo, zastanowiłam się, czego tak na prawdę chcę.

Ta opowieść kończy się dobrze - pogodziłam się z przemijaniem, pogodziłam się ze wszystkim. Każdy z nas się pogodził - chociaż to nie było łatwe. Do wszystkich osób, które są w podobnej sytuacji: nie chcę was pocieszać, bo wiem że to nic nie daje. Kiedy mnie ktoś pocieszał, to naprawdę miałam to gdzieś i chociaż to brzmi źle, nie będę tego ukrywać. Kiedy ktoś mi mówił, że będzie dobrze, kwitowałam to milczeniem, myślami zaprzeczając (bardzo ładne powiedziane, ale moje myśli nie były wtedy ładne, były bardzo brzydkie i pewnie momentami wulgarne też). Mogę tylko wam dać nadzieję: to minie.

Tęsknota pozostanie, nadal będziemy czuć brak, ale to już nie będzie brak tak bolesny, nie będzie w nieoczekiwanych momentach wyciskać łez z oczu. Nie będzie to brak, który zaważy na tym, czy dzień jest udany, nie będzie to ból który odwróci waszą uwagę od codziennych spraw. Czas płynie dalej, świat się nie zatrzymał i nigdy nie zatrzyma - pewnego dnia obudzicie się i zorientujecie, że jest lepiej.

Podobno pierwszy rok jest najgorszy, tak czytałam. Ale myślę, że dla każdego to jest indywidualna sprawa. Ja po roku poczułam, że mogę układać się na nowo, trochę zdezorganizować rzeczy, w które od dzieciństwa właściwie wierzyłam. MJednak tak naprawdę dopiero od niedawna czuję, że jestem bardziej wszystkiego świadoma, że życie znowu zaczęło się układać.

Po tym czasie mogę powiedzieć, że szczęście w końcu wraca. Jak homeostaza organizmu po przebytej chorobie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz